Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amon. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 sierpnia 2016

RP: Amon do Persii i Kamaiji

Podniosłem się z kubkiem i patrząc w ciecz zacząłem wędrować po pokoju tam i z powrotem. Kirmathana potraktowała to jako porę na zabawę i zaczęła dostojnym krokiem podążać w kółko za mną. W końcu zatrzymałem się i poczułem jak już przyzwyczajona do tego tempa chodzenia smoczyca zderza się z moją nogą. Oparłem się o ścianę i zrzuciłem z siebie torbę. Nie wiedziałem co poradzić. "Wy nie macie nawet jak się bronić" - ta myśl męczyła mnie najbardziej. Każdy mój plan będzie zły, bo wymaga co najmniej umiejętności, już nie mówiąc o ekwipunku. Kirmathana zaczęła się pazurkami wbijać w moje płócienne spodnie i wspinać po nich na moje ramię. "Tobie to się wiecznie nudzi, czyż nie?" Pomogłem się jej wdrapać.
Spojrzałem na zapatrzoną we mnie Kamaiji i Persię, jakby zobaczyły coś przerażającego.
- Co? - zapytałem. Obie się speszyły i odwróciły wzrok. - Przecież myślę.
Zamyśliłem się. Nigdy nie wierzyłem w legendy, ale próbowałem sobie przypomnieć jakiekolwiek sposoby walki z legend. Matka nie zawsze miała czas na opowiadanie ich przez pijanego ojca. Przez moją pamięć przewijały się obrazy, które jako dziecko wyobrażałem sobie podczas opowieści, aż nagle znalazłem. Znalazłem to, czego szukałem w pamięci. Jednak po chwili za tym obrazem zaczęły pokazywać mi się w umyśle następne obrazy. Te z czasów dzieciństwa, jak on stawał w drzwiach... kompletnie pijany... z metalowym prętem... i brał zamach...
Trzask szklanki wybudził mnie z transu.
- Amon! - zaklęła Kamaiji. - Mówiłam byś uważał i nie wylał zawartości kubka! Psia krew, ty jeszcze go stłukłeś...
- Prze... przepraszam... Nie chciałem, ale mam pomysł - wydukałem.
Musiałem być strasznie blady i wyglądać jak biała ściana, bo obie były przejęte moim widokiem.
- Lepiej powiedz co Ci się najpierw stało - zasugerowała Kamaiji zbierając szkło rękoma.
- Nie ważne. Przeszłość - odpowiedziałem masując oczy. - Jeżeli w moich legendach, które słyszałem, smoki są magicznymi stworzeniami, to czy tu smoki zawierają w sobie jakąś magię, z której potrafią skorzystać?
- T-tak... - spojrzała na mnie Kamaiji lekko zaskoczona.

- Spręż się, do czego zmierzasz? - ponagliła mnie Persia.
- Czy możemy namówić wszystkie smoki i wszystkich Hodowców znających magię do stworzenia wielkiej bariery, która chociaż na jakiś tydzień powstrzyma przypływ kolejnych jednostek agresora? - zapytałem. Nie czekając na odpowiedź kontynuowałem. - Moglibyśmy wtedy z tym, co już teraz jest, pomału się rozprawić, a potem uformować jakiś oddział broniący wyspy z tego co pozostanie przy życiu, bo jak mniemam, nie mamy wyjścia, musimy się bronić tu i najlepiej TERAZ.

<Kamaiji, Persia>

RP: Amon do Persii i Kamaiji

Nie zdążyłem nic odpowiedzieć. Patrzyłem tylko jak Kamaiji rzuca się na smoka. To było głupie, czy odważne? Pomiędzy jednym a drugim zawsze była cienka granica. "Dobra... jak się Tobą kieruje?" Wpadłem na bardzo głupi pomysł.
- Leć do pani! - krzyknąłem i ściągnąłem go za kark w dół. Nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu, zadziałało!
Poczułem ostry przypływ adrenaliny i wiatr miotający moimi włosami i płaszczem na wszystkie strony. W uszach dudniło jedynie serce i buzująca krew. Gdy znalazłem się dziesięć metrów nad ognistym smokiem i już miałem wydać polecenie 'Broń Kamaiji', ona sama się pojawiła i dosiadła znów Arbeliala. Chyba nawet nie zauważyła tego co zrobiłem, ale nie miałem jej tego za złe.
- Rozumiesz co on wyrykuje? - rzuciła do przejętej tym wszystkim Persii.
- Ja tam słyszałem tylko powarkiwanie i ryki tego smoka... - rzuciłem na głos, choć bardziej do samego siebie.
Nie dosłyszałem co mówiła Persia, ale Kamaiji najwyraźniej tak, bo mina jej strasznie zrzedła. Wolałem nie dopytywać teraz. Patrzałem jedynie za siebie, czy wściekły smok za nami nie podąża. Było czysto, a my już powoli wylatywaliśmy z kłębów dymu i palącej w nozdrza siarki. Zaczynało się robić czysto, co mnie strasznie cieszyło. Zerknąłem z dużej odległości na Kirmathanę. Nie rozumiała niczego i tępo się patrzyła w miejsce, gdzie ognisty smok poszybował w całun dymu. Nie wiedziałem, czy była przerażona, czy się cieszyła... W tej chwili patrzyłem, czy tylko nic jej nie było.
W końcu musiałem zapytać.
- Co mówiła Persia, bo nie dosłyszałem? - Bogowie, ale ja jestem niecierpliwy. - I czy to normalne, że smoki atakują siebie nawzajem i Hodowców?

<Kamaiji, Persia?>

RP: Amon do Kamaiji i Persii

Siedziałem na smoku. Wysoko w powietrzu. Nie wiedziałem jak nawet powinienem na nim siedzieć. Wszystko zaczynało mnie już powoli irytować. Mimo wielu nowych rzeczy, przez całą sytuację coraz bardziej czułem się jak na mojej rodzinnej wiosce. Cały czas coś... ktoś z widłami, ktoś ze strzelbą, celując w właśnie Ciebie... Ktoś unikał rozmowy, bo jestem dziwakiem... Potrzebowałem chwili ciszy i samotności. Coraz bardziej odczuwałem, że udaję bycie miłym, zwłaszcza gdy potraktowałem Khajitkę jak idiotkę w stosunku alchemicznym. Wziąłem głęboki wdech. "Pomedytujesz jak wrócisz, teraz łącz się we wspólnym celu... Nie daj się zabić i nie pozwól, by oni Cię zabili..." Taaaa... Nie do końca im ufałem. Przecież mogą się mnie zbyć po całym zagrożeniu. Przynajmniej fanatycznie znam się na truciznach... nie zjem niczego trującego, a roślinność... jest prawie taka sama jak u mnie.
- Kamaiji? - w końcu się odezwałem. Ona natomiast obróciła tylko w moim kierunku ucho. - Gdzie i czy długo jeszcze będziemy lecieć? - zapytałem nawet nie oczekując odpowiedzi.
Zobaczyłem jak tylko kręci głową z zażenowania pytaniem. Fakt, gdybyśmy mieli blisko, to byśmy się przeszli. Pocieszało mnie jedynie czyste niebo. Póki co, żadnych śmigłowców nie było ani słychać, ani widać na horyzoncie.
Westchnąłem. Nie oszukując się, przy moim smoku przynajmniej się nie nudziłem, bo młode to robiło głupie rzeczy, typu lizanie mnie po uszach, a teraz... siedzę... na smoku i lecę. W dodatku z osobą, z którą nie mam specjalnie o czym rozmawiać. Poprawka. Ze 'zmiennokształtnym', który w legendach od zawsze jest utożsamiany ze zdradą.
- Czy u was w wiosce, ktoś zajmuje się... zajmował się szermierką, w jakiejkolwiek postaci? - spojrzała na mnie zaciekawiona. "O, to może jednak pogadamy..." - Wiesz, zawsze mógłbym rozwijać moje umiejętności w technikach walki i zaopatrzyć się w podstawowe ostrza... Od małego trenowałem, ale nie jestem jakimś... mistrzem, nad mistrzami...


<Kamaiji, Persia?>

piątek, 5 sierpnia 2016

RP: Amon do Persii i Kamaiji

Westchnąłem ciężko. "Napracować się za darmo i nawet nie usłyszeć dziękuję... Ciekawe co byś powiedziała, gdybym te bandaże podtruł..." Na chwilę wytrzeszczyłem oczy. Obawiałem się, że powiedziałem to na głos, ale nikt nawet na mnie nie spojrzał. "Uff..." - odetchnąłem.
- Nawet gdybyś umiała walczyć z tym barkiem, długo nie pociągnęłabyś - spojrzałem na Kamaiji. - Ja i tak nie znam wyspy i nie mogę nawet niczego zaproponować.
Usiadłem ciężko na ziemi i kawałkiem szmacianej torby, już dawno nie żyjącego zwiadowcy, zacząłem czyścić klingę miecza. Nie miało do żadnego znaczenia, ta broń była i tak do niczego, ale było to lepsze niż stanie jak kołek.
- Do wioski, jeśli jeszcze coś z niej zostało - rzuciłem dosyć ostro. - I tak nie mamy po co wracać. Zakładam, że nie znacie nawet podstaw fechtunku. - Dodałem podnosząc ostrze w górę. - Nie umiejąc się bronić musimy liczyć na wszystkie inne silne stworzenia, a chyba nawet nie jesteśmy w stanie ich przegrupować teraz - znów westchnąłem. - Nie mam żadnego planu, a zatruwanie zapasów żywności było by zbyt długotrwałe i bezsensowne.

Kirmathana potraktowała podniesiony miecz jako tor wspinaczkowy i zaczęła się wspinać na sam czubek, aż się ześlizgnęła. Złapałem ją przy jelcu oręża i posadziłem ją na moim ramieniu.
- Krzywdę sobie zrobisz, głupia...

<Kamaiji, Persia?>

czwartek, 4 sierpnia 2016

RP: Amon do Persii i Kamaiji

Spojrzałem się na leżącą Khajitkę w stercie kamieni i po chwili na Kamaiji. Nie wierzyłem nigdy w istnienie tej rasy. W końcu się odezwałem:
- Słyszałem tylko w legendach o Khajitach, ale nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek jakiegoś spotkam... - widząc wymowną minę Kamaiji, która mówiła "Nie mamy na to czasu", szybko dodałem: - Zgarniamy ją. - zerknąłem na jej rany. - Mam przy sobie jakieś bandaże i podstawowe środki do oczyszczania ran. Opatrzymy ją, gdy na chwilę gdzieś się zatrzymamy. - podszedłem bliżej Khajitki. Jej smok na mnie syknął złowieszczo. W myślach mi jedynie zabrzmiało "Nawet się nie waż na mnie rzucać." - Na trzy ją podnosimy, chyba że wolisz sama to zrobić. Jej smok mnie nie zna i nie chciałbym robić użytku z tego kawałka żelastwa...

Rzuciłem wymownym spojrzeniem na miecz. Kamaiji parsknęła śmiechem.
Fakt, ten mój żelazny badyl prędzej by się połamał niż bym zrobił komuś tym krzywdę, zwłaszcza smokowi.
Smok przekrzywił głowę na skos patrząc na gada Khajitki. Jej chowaniec uczynił to samo. Miałem wrażenie że coś sobie nawet telepatycznie, czy wzrokowo przekazały, ale gdy instynktownie zrobiłem krok w kierunku ciała zrozumiałem nawet mniej więcej co.
Podniosłem Khajitkę na ramionach.
- Dam radę ją przenieść. Gdzie idziemy? I co z jej smokiem? - Zapytałem odwracając się w kierunku Kamaiji.

<Kamaiji, Persia?>

środa, 3 sierpnia 2016

RP: Amon do Kamaiji

Przejąłem smoczycę na otwarte dłonie i uśmiechnąłem się do niej. "Może nie będzie tak źle jak myślałem?" - westchnąłem. - "Jesteś i tak trochę straszna..." Parsknąłem śmiechem niemo. Skinąłem na Kamaiji, że jestem gotów, by za nią podążać do jakiejś kryjówki.
Idąc za nią rozmyślałem nad imieniem. Nie mogłem na nic wpaść co pasowałoby do smoka. Tfu, smoczycy... Po dłuższej chwili namysłu powiedziałem na głos:

- Kirmathana... - zrobiłem pauzę, by przypomnieć sobie nazwisko prawowitej właścicielki imienia, która nie żyła... ale nie mogłem sobie przypomnieć. - Kirmathana... po prostu.
Łza uderzyła w ziemię po chwili, której nie zdążyłem zatrzymać. Miałem nadzieję, że nikt tego nie zauważył prócz ledwo wyklutego smoczątka. Samiczka szybko wdrapała mi się na ramię, jakby sama wyczuła, że tak będzie mi łatwiej. "Cóż, tak nam będzie obojgu wygodniej, tylko nie spadnij" - rzuciłem do siebie.
Idąc w grobowej ciszy za Kamaiji zauważyłem leżący szkielet w zardzewiałej kolczudze, przebity równie przeżartym przez rdzę mieczem. "Hmmm, chyba nikt by się nie obraził... ale co kraj to obyczaj..."
- Kamaiji? Mogę zabrać ten miecz trupowi? Chyba nie będzie mu już potrzebny.
Przez chwilę moje policzki zapłonęły ogniem. Poczułem się jak zwykły złodziej pytając o to na głos. "Może nie będzie zła, że o to zapytałem?"

<Kamaiji?>

wtorek, 2 sierpnia 2016

RP: Amon do Kamaiji

Przez chwilę chciałem odetchnąć z ulgą, że na chwilę obecną jest spokój, ale faktycznie coś w torbie się ruszało.
- Ta... wszystko w porządku - odpowiedziałem grzebiąc w torbie. Po chwili wygrzebałem pękające jajo i wychodzącą z niego czarną jak noc, dymiącą łapkę. Omal nie zemdlałem. Nie byłem w tej chwili na to przygotowany.
Spojrzałem na Kamaiji. Nie byłem w stanie stwierdzić, czy jest szczęśliwa, że właśnie zostaję w osadzie z młodym smokiem, czy bardziej by się cieszyła jakbym zniknął wraz z wojskami. Odetchnąłem głęboko i delikatnie pomogłem rozchylać skorupę, by pomóc nowemu życiu wyjść.
Nim smok się wykluł i rozbił całą skorupę jaja, już mi wpełzł pod rękaw za marynarkę. "Ja pierdolę... świetnie!" zakląłem w myślach.
Podszedłem bliżej Kamaiji.
- Weź pomóż mi tego smoka wyciągnąć spod płaszcza, zanim przypadkiem zrobię temu krzywdę!
"Co smoki jedzą w sumie?" - pomyślałem patrząc, jak oba konsumują mięso od Kamaiji. - "Czy małe smoki też tak jedzą?"


<Kamaiji?>

RP: Amon do Kamaiji

Rzucony na pole bitwy bez uzbrojenia zacząłem rozglądać się. Miałem element zaskoczenia przeciwników. Przez chwilę myślałem o truciznach, ale nie było na to czasu.
Zakradłem się za plecy jednego z wojskowych i wbiłem nóż w krtań. Gdy upadał na ziemię, przechwyciłem jego karabin i odbiegłem za zasłonę.

"Przynajmniej mam jakąś konkretniejszą broń" - uśmiechnąłem się do siebie w myślach.
Odchyliłem się i pociągnąłem za spust w kierunku innego wojskowego. Strzelałem krótkimi seriami, by zaoszczędzić na amunicji. Po raz pierwszy cieszyłem się z lekcji strzelania z wiatrówki. Nigdy nie lubiłem takiej broni.
Niestety ta myśl była ostatnią radosną, gdy wojskowi zwrócili uwagę na to, że są ostrzeliwani od pleców. Było ich za dużo, a za mało amunicji.
Kamaiji dochodziła prawdopodobnie do podobnych wniosków, gdyż starała się być w ciągłym ruchu. Agresorzy próbowali ją otoczyć, ale mimo wszystko sprawnie dawała sobie radę.
Pocisk rykoszetujący nad moją głową przypomniał mi, że powinienem teraz pomartwić się o siebie. Spojrzałem na truchło żołnierza, leżące dziesięć metrów ode mnie... "Gdyby udało mi się sięgnąć do jego ładunków..." Wystrzeliłem resztę amunicji jaką posiadałem w kierunku ostrzeliwujących mnie żołnierzy jako ogień zaporowy i rzuciłem się do ciała.
Czułem jak każda kula za mną przecina powietrze. W biegu chwyciłem dwa granaty i oba wyrzuciłem odbezpieczone w kierunku przeciwnika.
Gdy usłyszałem odgłos wybuchu i rozrywanej tkanki dobiegłem do następnej zasłony i znów zacząłem oceniać sytuację.
Napastnicy się rozpraszali i wycofywali się. Kamaiji walczyła jak zaciekła goniąc już każdego, który próbował zostać w pobliżu.

<Kamaiji?>

RP: Amon do Kamaiji

Westchnąłem. Nigdy nie przepadałem za końmi, zwłaszcza jak zaczynały gadać, bo to zawsze oznaczało jedno. Nawdychałem się odczynników chemicznych, ale to się dzieje naprawdę. Wziąłem głęboki wdech. Dopiero teraz do mnie dotarło, że mój gniew i tak jest zbędny w tym momencie, bo i tak tylko pogorszę swoją sytuację.
Niebo przeciął śmigłowiec. Moje oczy za nim powędrowały. To była rzeczywistość, którą pamiętam...
Spojrzałem znów na jajo, które trzymałem w dłoni. "Czyli teraz mam wybór..." - pomyślałem. Trzymałem właśnie smocze jajo... nie wiedziałem czy zaraz się zesram ze strachu, czy ze szczęścia, że moje życie nie będzie tak paskudne jak kiedyś? "Ale kto mnie zaakceptuje?" To była najbardziej przeszywająca myśl jaka przeszła mi przez głowę, a decyzję musiałem podjąć TERAZ!
- Nie wiem, czy nie będę tego żałował - przerwałem by wziąć oddech. - Ale zostaję z wami.
Wsiadłem na grzbiet Kamaiji i objąłem jej kark, by jakoś utrzymać równowagę. "Nie ma czasu na pytania, co i jak z jajem, teraz trzeba działać".
- Gdzie jedziemy?

<Kamaiji?>

RP: Amon do Kamaiji

Otrzepałem płaszcz z kurzu. Nie wiedziałem w tym momencie czy już umarłem, czy jeszcze żyje. Jeżeli to był smok, to był to najstraszniejszy jakiego chyba w życiu spotkam. Do tego pięknie to uzupełniła puma przemieniająca się w człowieka i mówiąca, że nic mi nie zrobi. "Pięknie". Prychnąłem.
- Nazywam się Amon - odpowiedziałem po chwili namysłu, warząc dokładnie słowa. - Mój okręt, którym płynąłem chyba na inną wyspę niż ta, rozbił się o skały, całkiem niedaleko od brzegu - po chwili wziąłem trochę głębszy oddech i przez zęby dodałem. - To co mam w torbie to moja sprawa, ale jak musisz wiedzieć, to żywność, opatrunki i jakieś jajo... - w głowie znów dodałem: "Oby nie smocze". - W sumie, sama oceń, skoro jesteś 'Hodowcą'... bo to, co zabiłem, raczej nimi nie było.
Gdy usłyszałem z oddali karabin i ciężkie dyszenie smoka Kamaiji, prędko i prawie bezmyślnie zapytałem:
- Co tu się do kurwy nędzy odpierdala? Zostaję poszukiwaczem przygód, ale nie sądziłem, że moją pierwszą przygodą będzie walka o życie i spotkanie... spotkanie smoków!
Usiadłem i zacząłem przeglądać torbę zwiadowcy. Znalazłem to czego szukałem prawie od razu. Postawiłem jajo na ziemi i usiadłem obok niego. Z torby poza tym wyciągnąłem jednego papierosa, ale zauważyłem, że nieszczelny baniak zamoczył całą ich papierową paczkę. Kurwa... - zakląłem pod nosem. - To nie jest mój najlepszy dzień.

<Kamaiji?>

Od Amona: jak odnalazłem jajo...

Wędrując od plaży przez las, usłyszałem strzały karabinków i dziwny wrzask stworzenia, którego w życiu nie widziałem, a tym bardziej słyszałem. Biegłem wgłąb lasu w trosce o własne bezpieczeństwo, a zarazem z czystej ciekawości, co się dzieje na tej odludnej wyspie, na której się rozbiłem. Zakpiłem sobie w myślach: "Kiepsko, gdyby moja podróż właśnie teraz się skończyła...".
Dotarłem na polanę, ale słysząc kolejny strzał wślizgnąłem się w krzak przy drzewie i wychyliłem się delikatnie, by zbadać otoczenie. To co zobaczyłem, przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania. Właśnie raniony smok odgryzł głowę jakiemuś strzelcowi, a inny panicznie uciekał w moim kierunku. Smok nie widząc zagrożenia odleciał, ale ja znalazłem się w gorszej sytuacji niż latające monstrum. Koleś miał w ręku pistolet, najpewniej z ostrą amunicją, i biegł w moim kierunku!
Obmyślając w panice strategie szybkiego obezwładnienia potencjalnego przeciwnika, napiąłem wszystkie mięśnie, by być gotowy do skoku.
"Teraz!" - krzyknąłem w myślach.
Skoczyłem prosto w mężczyznę, który z tej odległości wyglądał jak zwiadowca. Torba zsunęła mu się z ramienia, a wystraszony pociągnął za spust. Miałem szczęście, pocisk poszybował w drzewo za mną. Czułem jak krew wrze we mnie, mogłem właśnie umrzeć, ale nie mogę o tym myśleć.
Mój pęd wystarczył, by go powalić i wyrwać mu pistolet. Przygwoździłem go do ziemi i podniosłem się celując w niego. "Boże, w życiu nie miałem broni palnej w rękach, tylko wiatrówkę ojca...". Zestresowany trzymałem pistolet w kierunku przeciwnika. Zaczął krzyczeć.
"Tego mi brakowało..." - bez serca, jak maszyna, pociągnąłem za spust trzy razy i wyrzuciłem broń. - "I tak nie umiałbym nawet tego przeładować".
Usiadłem... próbowałem się pozbierać mentalnie do kupy... Nigdy nie zabiłem człowieka i nie sądziłem, że kiedykolwiek zrobię to stojąc twarzą w twarz z nim. Prawie zwymiotowałem, gdy kolejne strzały uprzytomniły mnie, że siedzę na widoku i jestem teraz łatwym celem. Spojrzałem na torbę, z której wytoczyło się duże jajo. "Jeżeli to był smok, a nie halucynacja z odwodnienia, to to musi być jego jajo..." Nie chciałem nawet o tym myśleć... Bałem się, że to może być prawda. "A co jak mnie zje, gdy urośnie?" Z drugiej strony nie miałem serca go zostawić na pastwę tych... "obcych"... zgarnąłem torbę, w której były podstawowe opatrunki i jakaś żywność na dzień lub dwa. Nawet znalazł się nóż. "Może jakoś przeżyję?"